czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział 2 Część 1

Hejka!
Rozdział taki sobie, pisany na matematyce, rosyjskim, chemii, polskim i wychowawczej xD Dedykuję go, a raczej jego pierwszą część mojej przyjaciółce Lenie - bo ty wiesz co naprawdę znaczy ''pasztet'' :D Zapraszam na stronki, na których adminuje: TU, TU i TU. Nie wiem kiedy pojawi się druga część, dzisiaj nie mam już niestety czasu :) Miłego czytania życzę  | Narcyza ♥

♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Dni mijały, a ja czekałam, czekałam i czekałam. Czas jakby zatrzymał się w miejscu. Byłam ciekawa co takiego ma mi wytłumaczyć szofer Arnold i co takiego czeka na mnie w letnim dworku babki. Dzień przed sobotą chodziłam po domu nakręcona jak zabawka na baterię. Ciekawość dosłownie mnie rozpierała. Rodzice nie mogli mnie uspokoić, więc tylko kiwali bezradnie głowami i uśmiechali się do siebie znacząco. Stresowałam się jak przed sprawdzianem z transmutacji. Nawet moja ulubiona malinowa herbatka nic nie pomagała. Tego dnia nie mogłam też zasnąć. Byłam przeładowana mieszanymi emocjami. Zachwytem, radością, strachem, niepewnością, smutkiem, szczęściem, a nawet swego rodzaju dumą. Leżałam na łóżku i rozmyślałam za główny temat obierając swoje życie. Miałam wszystko. Wybitne na OWUTEM – ach dawały mi nieskończenie wiele możliwości. Mogłam zostać kimkolwiek tylko chciałam. Magomedykiem, aurorem, urzędnikiem ministerstwa, nauczycielką lub nawet hodowcą smoków. Miałam przyjaciół i rodzinę, na którą zawsze mogłam liczyć. Miałam urodę. Nieskazitelną cerę, idealną figurę i piękne włosy. Od niedawna miałam też wielkie bogactwo, które, jak powiedziała mama, miałam odziedziczyć po śmierci Clarissy jako jedyna spadkobierczyni rodu Volturie. Wydawać by się mogło, że niczego mi nie brakowało lecz było to tylko złudzeniem, iluzją. Tak naprawdę brakowało mi tylko jednej rzeczy – prawdziwej miłości. Wiktor, Cormac, Ron. To wszystko były tylko zauroczenia. Nie wydawało mi się, żebym wśród nich mogła znaleźć prawdziwego faceta jak ze snów. Nie mógł być nudny i przewidywalny jak Ron, z którym każdy dzień wydawałby się taki sam – monotonny i niezmienny. Nie mógł być taki sławny jak Krum. Nie zniosłabym tych wszystkich nagłówków w gazetach, choć wiele dziewczyn dałoby wszystko by znaleźć się w Czarownicy czy MagiNastce. Nie mógł być też ciapowaty jak Neville lub zakochany w Qudditchu jak McLaggen. Musiałby być inteligentny, stanowczym, odważny, a przede wszystkim zabawny. Wiedziałam, że niektórzy mogliby powiedzieć, ze jestem wybredna. Może to prawda. Jednak ja, w przeciwieństwie do tych głupich, wymalowanych panienek nie patrzyłam na wygląd tylko na wnętrze. Chciałam żeby mój przyszły facet był wartościowym człowiekiem, a nie chłopaczkiem pustym jak zawartość mojego portfela po zakupach w centrum. Mimo to, nie chciałam być z jakimś pasztetem*, który wyglądem odstraszałby moich znajomych. ‘’Bez miłości nie ma życia’’ – mawiała moja mama. Postanowiłam, ze w najbliższym czasie rozejrzę się za jakimś porządnym chłopakiem. Nie wiedziałam jednak, że los ma co do mnie nieco poważniejsze plany.
♥♥♥
Przeciągnęłam się leniwie, rozciągając zastojałe kości. Pierwsze słoneczne promienie przedzierały się przez zasłonięte soczysto zielone firanki. Za oknem słychać było codzienny gwar ludzi śpieszących do pracy. Nie chciało mi się wstawać, tak dobrze czułam się pod przyjemna pierzynką, mile łechtana ciepłymi, letnimi promykami wschodzącego, porannego słońca. Spojrzałam na zegarek. Było jeszcze bardzo wcześnie. Na drzewie przed domem jakiś mały ptaszek świergotał wesoło. Postanowiłam skorzystać z wspaniałej pogody i wybrać się na spacer. Założyłam szybko zwiewną, białą sukienkę do kolan i beżowe skórzane rzymianki. Związałam włosy w koński ogon, złapałam za torbę i zbiegłam po schodach. W soboty rodzice spali dłużej więc nie chciałam ich budzić. Należał im się odpoczynek po tak ciężkim tygodniu pracy. Wybiegłam z domu, zamykając za sobą jasne, brzozowe drzwi. Szłam powoli chodnikiem zmierzając do pobliskiego parku. W ręku trzymałam mój pamiątkowy egzemplarz Romea i Julii. Kochałam tę książkę – romantyczną historię zakazanej miłości. Chcąc nie chcąc byłam nieuleczalną romantyczką czego Ron, Cormac i Wiktor nie potrafili zrozumieć. Według nich nie istniało coś takiego jak czułe słówka, róże, czekoladki i zachody słońca. Dla nich istniały tylko rzeczy takie jak kafel, tłuczek, miotła czy złoty znicz. Wszystkich trzech łączyła ta sama chorobliwa pasja, a mianowicie Qudditch. Zajęta rozmyślaniami nie zauważyłam idącego naprzeciwko ciemnoskórego mężczyzny. Wpadłam na niego, a siła zderzenia była tak silna, że zwaliła nas obydwoje z nóg. Upadłam na trawnik zahaczając sukienką o wystającą gałąź rosnącego obok krzewu. Delikatny materiał porwał się, a książka upadła tak niefortunnie, że cienka okładka pogięła się w kilku miejscach.
- Uważaj jak chodzisz! Przez ciebie porwałam ulubiona sukienkę! – fuknęłam otrzepując kolana z kurzu. Spojrzałam na tajemniczego jegomościa i aż mnie zatkało. Na chodniku przede mną siedział nie kto inny, a sam Blaise Zabini, który wściekły otrzepywał drogi, zapewne markowy garnitur.
- Zabini!
- Granger! – wrzasnęliśmy w tym samym momencie.
- Co ty tu robisz? – i znowu idealnie się zgraliśmy.
- Mieszkam tu. – odpowiedziałam pierwsza.
- Jestem przejazdem. – odparł wstając i poprawiając marynarkę. – Wstawaj Granger, myślałem, że to jakaś mugolka. – powiedział i jak przystało na prawdziwego dżentelmena pomógł mi wstać.
- Więc co cię tu sprowadza? – spytałam gdy choć trochę ogarnęłam swój wygląd. Zabini był ostatnią osobą, którą posądziłabym o szwendanie się po niemagicznej części Londynu. Tak mnie zaskoczył, że zapomniałam o siedmiu latach wzajemnej nienawiści. Chłopak opowiedział mi jak to pokłócił się ze swoją dziewczyną Dafne Greengrass, jak to doprowadziła go do szału swoim truciem i trajkotaniem i jak to uciekł na jak to zgrabnie ujął ‘’browarka’’. Rzeczywiście jego sytuacja nie przedstawiała się zbyt ciekawie. Znałam Greengrass. Na piątym roku robiłyśmy razem eliksir prawdy na zaliczenie u profesora Snape’a. Pamiętałam jak się wtedy zachowywała. Albo wcale nie przychodziła na spotkania wymawiając się randką z jakimś nowym super przystojnym facetem albo po prostu przyprowadzała ze sobą cały tabun ‘’najlepszych’’ przyjaciółek i zamiast podawać mi śledzionę szczura i śluz gumochłona, plotkowała w najlepsze. Niedobrze mi się robiło gdy razem z Parkinson omawiały plan zdobycia ‘’Dracusia’’. Razem z Blaise’m przegadaliśmy cały ranek i popołudnie. Dopiero gdy zobaczyłam, która jest godzina przypomniał mi się Arnold, który zapewne już na mnie czekał .
- Merlinie! – wrzasnęłam. – Muszę lecieć Blaise. Mam spotkanie.
- Leć Gryfoński Kopciuszku tylko nie zgub pantofelka. Aż mnie ciarki przechodzą jak pomyślę co czeka na mnie jutro. – oznajmił, a ja roześmiałam się szczerze. Ten chłopak był naprawdę wspaniałym facetem. Zawsze wydawał mi się zadufanym w sobie, bogatym idiotą. Okazało się, ze tak naprawdę jest zabawny, szarmancki i wesoły. Po prostu idealny materiał na kumpla.
- Będzie dobrze, zobaczysz. A jak będzie ci za bardzo dokuczała, to po prostu ja spetryfikuj. – wyjaśniłam i posłałam brunetowi pokrzepiający uśmiech. Pomachałam mu jeszcze i deportowałam z cichym trzaskiem. Do domu wróciłam pięć minut po siódmej. Musiałam się pospieszyć jeśli chciałam zdążyć. Wyskoczyłam z sukienki i pobiegłam wziąć kąpiel. Gdy wróciłam ubrałam się, umalowałam i uczesałam. Stanęłam gotowa przed wielkim lustrem. Wyglądałam oszałamiająco. Opięta suknia uwydatniała moja figurę. Zwiewny, zielony materiał wirował pięknie przy każdym nawet najlżejszym ruchu. Przez lekko uchylone okno wpadał rześki, wieczorny wietrzyk. Otuliłam się ciaśniej pelerynką. Mimo wszystko wieczory w Londynie były raczej chłodne, a ja nie chciałam nabawić się jakiejś choroby. Zeszłam na dół. Rodzice siedzieli na kanapie w małym, skromnie urządzonym saloniku i oglądali telewizję.
- Mamo, tato. Muszę już iść. – powiedziałam. Mama natychmiast zerwała się na nogi i zaczęła mnie ściskać i przytulać. Tata uśmiechnął się szeroko ukazując rząd równych, białych zębów.
- Pamiętaj Hermionko, nie daj się Clarissie. Uważaj na siebie, pisz codziennie i…
- Mamo! – przerwałam jej. – Nie wyjeżdżam na koniec świata!
- Przepraszam cię. No idź już, idź. – popędziła mnie radośnie, jednak zauważyłam pewien smutek w jej oczach.
- Nie martw się mamo, dam sobie radę. – odparłam i skierowałam swoje kroki w stronę drzwi. Przez małe okienko zauważyłam stojącą na podjeździe czarna limuzynę. Zatrzymałam się w progu i jeszcze raz pomachałam rodzicom. W końcu dostojnym krokiem jak przystało na arystokratkę ruszyłam w stronę pojazdu. Ubrany w czarny uniform szofer ukłonił się nisko otworzył drzwi auta. Wsiadając posłałam mamie i tacie tęskne spojrzenie. Wyjechaliśmy. Popatrzyłam na oddalający się z każdym przemierzonym metrem mały jednorodzinny domek na przedmieściach. Już za nim tęskniłam. 

5 komentarzy:

  1. Już nie mogę się doczekać co będzie dalej. Awww *_* i to spotkanie z Zabini'm :D

    OdpowiedzUsuń
  2. SUPER <3 Volturie mi się ze Zmierzchem kojarzą XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Nominowałam Cię do nagrody Liebster Awards na moim blogu http://magic-can-do-everything.blogspot.com/ Regulamin znajdziesz w jednej z podstron :3
    Pozdrawiam! Toffffam Cię! <3 :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Twój blog został nominowany przeze mnie do "LiebsterAwards." http://zajdziemynakoniecswiata.blogspot.com
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. świetnie się zaczyna :D
    czekam na kolejny rozdział i zapraszam też do mnie : http://ciemneijasnekoloryswiata.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń