czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział 2 Część 1

Hejka!
Rozdział taki sobie, pisany na matematyce, rosyjskim, chemii, polskim i wychowawczej xD Dedykuję go, a raczej jego pierwszą część mojej przyjaciółce Lenie - bo ty wiesz co naprawdę znaczy ''pasztet'' :D Zapraszam na stronki, na których adminuje: TU, TU i TU. Nie wiem kiedy pojawi się druga część, dzisiaj nie mam już niestety czasu :) Miłego czytania życzę  | Narcyza ♥

♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Dni mijały, a ja czekałam, czekałam i czekałam. Czas jakby zatrzymał się w miejscu. Byłam ciekawa co takiego ma mi wytłumaczyć szofer Arnold i co takiego czeka na mnie w letnim dworku babki. Dzień przed sobotą chodziłam po domu nakręcona jak zabawka na baterię. Ciekawość dosłownie mnie rozpierała. Rodzice nie mogli mnie uspokoić, więc tylko kiwali bezradnie głowami i uśmiechali się do siebie znacząco. Stresowałam się jak przed sprawdzianem z transmutacji. Nawet moja ulubiona malinowa herbatka nic nie pomagała. Tego dnia nie mogłam też zasnąć. Byłam przeładowana mieszanymi emocjami. Zachwytem, radością, strachem, niepewnością, smutkiem, szczęściem, a nawet swego rodzaju dumą. Leżałam na łóżku i rozmyślałam za główny temat obierając swoje życie. Miałam wszystko. Wybitne na OWUTEM – ach dawały mi nieskończenie wiele możliwości. Mogłam zostać kimkolwiek tylko chciałam. Magomedykiem, aurorem, urzędnikiem ministerstwa, nauczycielką lub nawet hodowcą smoków. Miałam przyjaciół i rodzinę, na którą zawsze mogłam liczyć. Miałam urodę. Nieskazitelną cerę, idealną figurę i piękne włosy. Od niedawna miałam też wielkie bogactwo, które, jak powiedziała mama, miałam odziedziczyć po śmierci Clarissy jako jedyna spadkobierczyni rodu Volturie. Wydawać by się mogło, że niczego mi nie brakowało lecz było to tylko złudzeniem, iluzją. Tak naprawdę brakowało mi tylko jednej rzeczy – prawdziwej miłości. Wiktor, Cormac, Ron. To wszystko były tylko zauroczenia. Nie wydawało mi się, żebym wśród nich mogła znaleźć prawdziwego faceta jak ze snów. Nie mógł być nudny i przewidywalny jak Ron, z którym każdy dzień wydawałby się taki sam – monotonny i niezmienny. Nie mógł być taki sławny jak Krum. Nie zniosłabym tych wszystkich nagłówków w gazetach, choć wiele dziewczyn dałoby wszystko by znaleźć się w Czarownicy czy MagiNastce. Nie mógł być też ciapowaty jak Neville lub zakochany w Qudditchu jak McLaggen. Musiałby być inteligentny, stanowczym, odważny, a przede wszystkim zabawny. Wiedziałam, że niektórzy mogliby powiedzieć, ze jestem wybredna. Może to prawda. Jednak ja, w przeciwieństwie do tych głupich, wymalowanych panienek nie patrzyłam na wygląd tylko na wnętrze. Chciałam żeby mój przyszły facet był wartościowym człowiekiem, a nie chłopaczkiem pustym jak zawartość mojego portfela po zakupach w centrum. Mimo to, nie chciałam być z jakimś pasztetem*, który wyglądem odstraszałby moich znajomych. ‘’Bez miłości nie ma życia’’ – mawiała moja mama. Postanowiłam, ze w najbliższym czasie rozejrzę się za jakimś porządnym chłopakiem. Nie wiedziałam jednak, że los ma co do mnie nieco poważniejsze plany.
♥♥♥
Przeciągnęłam się leniwie, rozciągając zastojałe kości. Pierwsze słoneczne promienie przedzierały się przez zasłonięte soczysto zielone firanki. Za oknem słychać było codzienny gwar ludzi śpieszących do pracy. Nie chciało mi się wstawać, tak dobrze czułam się pod przyjemna pierzynką, mile łechtana ciepłymi, letnimi promykami wschodzącego, porannego słońca. Spojrzałam na zegarek. Było jeszcze bardzo wcześnie. Na drzewie przed domem jakiś mały ptaszek świergotał wesoło. Postanowiłam skorzystać z wspaniałej pogody i wybrać się na spacer. Założyłam szybko zwiewną, białą sukienkę do kolan i beżowe skórzane rzymianki. Związałam włosy w koński ogon, złapałam za torbę i zbiegłam po schodach. W soboty rodzice spali dłużej więc nie chciałam ich budzić. Należał im się odpoczynek po tak ciężkim tygodniu pracy. Wybiegłam z domu, zamykając za sobą jasne, brzozowe drzwi. Szłam powoli chodnikiem zmierzając do pobliskiego parku. W ręku trzymałam mój pamiątkowy egzemplarz Romea i Julii. Kochałam tę książkę – romantyczną historię zakazanej miłości. Chcąc nie chcąc byłam nieuleczalną romantyczką czego Ron, Cormac i Wiktor nie potrafili zrozumieć. Według nich nie istniało coś takiego jak czułe słówka, róże, czekoladki i zachody słońca. Dla nich istniały tylko rzeczy takie jak kafel, tłuczek, miotła czy złoty znicz. Wszystkich trzech łączyła ta sama chorobliwa pasja, a mianowicie Qudditch. Zajęta rozmyślaniami nie zauważyłam idącego naprzeciwko ciemnoskórego mężczyzny. Wpadłam na niego, a siła zderzenia była tak silna, że zwaliła nas obydwoje z nóg. Upadłam na trawnik zahaczając sukienką o wystającą gałąź rosnącego obok krzewu. Delikatny materiał porwał się, a książka upadła tak niefortunnie, że cienka okładka pogięła się w kilku miejscach.
- Uważaj jak chodzisz! Przez ciebie porwałam ulubiona sukienkę! – fuknęłam otrzepując kolana z kurzu. Spojrzałam na tajemniczego jegomościa i aż mnie zatkało. Na chodniku przede mną siedział nie kto inny, a sam Blaise Zabini, który wściekły otrzepywał drogi, zapewne markowy garnitur.
- Zabini!
- Granger! – wrzasnęliśmy w tym samym momencie.
- Co ty tu robisz? – i znowu idealnie się zgraliśmy.
- Mieszkam tu. – odpowiedziałam pierwsza.
- Jestem przejazdem. – odparł wstając i poprawiając marynarkę. – Wstawaj Granger, myślałem, że to jakaś mugolka. – powiedział i jak przystało na prawdziwego dżentelmena pomógł mi wstać.
- Więc co cię tu sprowadza? – spytałam gdy choć trochę ogarnęłam swój wygląd. Zabini był ostatnią osobą, którą posądziłabym o szwendanie się po niemagicznej części Londynu. Tak mnie zaskoczył, że zapomniałam o siedmiu latach wzajemnej nienawiści. Chłopak opowiedział mi jak to pokłócił się ze swoją dziewczyną Dafne Greengrass, jak to doprowadziła go do szału swoim truciem i trajkotaniem i jak to uciekł na jak to zgrabnie ujął ‘’browarka’’. Rzeczywiście jego sytuacja nie przedstawiała się zbyt ciekawie. Znałam Greengrass. Na piątym roku robiłyśmy razem eliksir prawdy na zaliczenie u profesora Snape’a. Pamiętałam jak się wtedy zachowywała. Albo wcale nie przychodziła na spotkania wymawiając się randką z jakimś nowym super przystojnym facetem albo po prostu przyprowadzała ze sobą cały tabun ‘’najlepszych’’ przyjaciółek i zamiast podawać mi śledzionę szczura i śluz gumochłona, plotkowała w najlepsze. Niedobrze mi się robiło gdy razem z Parkinson omawiały plan zdobycia ‘’Dracusia’’. Razem z Blaise’m przegadaliśmy cały ranek i popołudnie. Dopiero gdy zobaczyłam, która jest godzina przypomniał mi się Arnold, który zapewne już na mnie czekał .
- Merlinie! – wrzasnęłam. – Muszę lecieć Blaise. Mam spotkanie.
- Leć Gryfoński Kopciuszku tylko nie zgub pantofelka. Aż mnie ciarki przechodzą jak pomyślę co czeka na mnie jutro. – oznajmił, a ja roześmiałam się szczerze. Ten chłopak był naprawdę wspaniałym facetem. Zawsze wydawał mi się zadufanym w sobie, bogatym idiotą. Okazało się, ze tak naprawdę jest zabawny, szarmancki i wesoły. Po prostu idealny materiał na kumpla.
- Będzie dobrze, zobaczysz. A jak będzie ci za bardzo dokuczała, to po prostu ja spetryfikuj. – wyjaśniłam i posłałam brunetowi pokrzepiający uśmiech. Pomachałam mu jeszcze i deportowałam z cichym trzaskiem. Do domu wróciłam pięć minut po siódmej. Musiałam się pospieszyć jeśli chciałam zdążyć. Wyskoczyłam z sukienki i pobiegłam wziąć kąpiel. Gdy wróciłam ubrałam się, umalowałam i uczesałam. Stanęłam gotowa przed wielkim lustrem. Wyglądałam oszałamiająco. Opięta suknia uwydatniała moja figurę. Zwiewny, zielony materiał wirował pięknie przy każdym nawet najlżejszym ruchu. Przez lekko uchylone okno wpadał rześki, wieczorny wietrzyk. Otuliłam się ciaśniej pelerynką. Mimo wszystko wieczory w Londynie były raczej chłodne, a ja nie chciałam nabawić się jakiejś choroby. Zeszłam na dół. Rodzice siedzieli na kanapie w małym, skromnie urządzonym saloniku i oglądali telewizję.
- Mamo, tato. Muszę już iść. – powiedziałam. Mama natychmiast zerwała się na nogi i zaczęła mnie ściskać i przytulać. Tata uśmiechnął się szeroko ukazując rząd równych, białych zębów.
- Pamiętaj Hermionko, nie daj się Clarissie. Uważaj na siebie, pisz codziennie i…
- Mamo! – przerwałam jej. – Nie wyjeżdżam na koniec świata!
- Przepraszam cię. No idź już, idź. – popędziła mnie radośnie, jednak zauważyłam pewien smutek w jej oczach.
- Nie martw się mamo, dam sobie radę. – odparłam i skierowałam swoje kroki w stronę drzwi. Przez małe okienko zauważyłam stojącą na podjeździe czarna limuzynę. Zatrzymałam się w progu i jeszcze raz pomachałam rodzicom. W końcu dostojnym krokiem jak przystało na arystokratkę ruszyłam w stronę pojazdu. Ubrany w czarny uniform szofer ukłonił się nisko otworzył drzwi auta. Wsiadając posłałam mamie i tacie tęskne spojrzenie. Wyjechaliśmy. Popatrzyłam na oddalający się z każdym przemierzonym metrem mały jednorodzinny domek na przedmieściach. Już za nim tęskniłam. 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział 1


- Do zobaczenia Harry! Cześć Ron! – krzyknęłam i otworzyłam jasne, brzozowe drzwi prowadzące do domu. Weszłam do środka. Przed chwilą wróciłam od Weasleyów, więc pomimo zmęczenia byłam w znakomitym humorze. Cały dzień graliśmy w mini Qudditcha, rozmawialiśmy i śmieliśmy się, a w porze obiadu pani Weasley ugościła nas przepyszną pieczenią z indyka. Zdjęłam kurtkę i zawiesiłam ją na wieszaku. Pomachałam jeszcze do odlatujących na miotłach chłopaków i ruszyłam korytarzem, kierując się do kuchni. Gdy weszłam do pomieszczenia, zamarłam. To co tam zastałam nie tyle mnie zdziwiło, co przestraszyło. Przy oknie znajdowali się dwaj, groźnie wyglądający mężczyźni odziani w czarne szaty czarodziejskie. Pomiędzy nimi stała stara, szczupła, blondwłosa kobieta o czekoladowych oczach, ubrana w piękną, czarną suknię wyszywaną w złote i srebrne spirale. Przy stole siedzieli rodzice. Mama kurczowo trzymała się ramienia taty, a jej wzrok miotał się między mną, a staruszką. Tata, jakby chcąc dodać odwagi mamie, piorunował wzrokiem dwóch mężczyzn posyłając im złowrogie spojrzenia.
- Mamo… Tato… Co tu się dzieje? – zapytałam i podeszłam do stołu. Nadal nie spuszczałam wzroku z dziwnej trójki. Nie wiedziałam jakie mają zamiary. Wprawdzie Voldemorta już nie było ale ciągle nie złapano wszystkich Śmierciożerców.
- Alicjo, moja droga. Nie przedstawisz mnie swojej córce? – spytała kobieta zwracając się do mamy.
- T… tak, j… już. Hermiono kochanie. To jest moja m… matka Clarissa V…volturie. Tak jak ty, j… jest czarownicą. – wydukała drżącym głosem, wskazując dłonią na staruszkę.
- Co?! – wrzasnęłam i z wrażenia otworzyłam szeroko usta.
- Zamknij buzię, młoda damo. To nie przystoi osobom z twoim pochodzeniem. – rzekła starsza kobieta, dumnie unosząc brodę. Zamknęłam usta i z trudem przełknęłam ślinę. Czemu dowiedziałam się o tym dopiero teraz? Kto jeszcze o tym wiedział? Czy musiałam znosić te wszystkie oszczerstwa ze strony Ślizgonów? Czy musiałam być przez nich poniżana? Jak mamie udało się to ukryć? Te i inne pytania krążyły mi po głowie, jednak na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.
- Czyli, że nie jestem szlamą? – zapytałam cicho po dłuższej chwili, chcąc się upewnić.
- Szlamą?! – wrzasnęła moja rzekoma ‘’babka’’ – Ależ skąd! Korzenie rodu Volturie sięgają samego Merlina! Jesteś arystokratką z krwi i kości dziecko!
- To czemu przez te wszystkie lata musiałam znosić obelgi Malfoy’ a? – krzyknęłam. Nie wiedziałam czemu akurat Malfoy pierwszy przyszedł mi na myśl. Może to przez to, że to on jako pierwszy nazwał mnie szlamą? A może dlatego, że to on najczęściej używał tego słowa?
- Chodzi ci o Lucjusza? Przecież to naprawdę czarujący mężczyzna…
Przerwałam jej. Lucjusz Malfoy potrafił oczarować każdego nie używając eliksirów i uroków. Jego syn był taki sam. Często widziałam jak zwraca się do Greengrass czy Davis. Jeśli jednak chodziło o osobę brudnej krwi, jak to nazywali czarodzieje bytujący w tych kręgach, stawali się zwykłymi sukinsynami nieczułymi na krzywdę innych. Nigdy nie zwierzałam się nikomu z tego co czułam, mimo, że byłam wychowana w atmosferze ciepła i miłości. Teraz jednak nie wytrzymałam. Musiałam w końcu to z siebie wyrzucić. Żal duszony w sercu przez te wszystkie lata eksplodował jak bomba, która tylko czekała na iskrę.
- Nie! Mi chodzi o jego syna, Dracona! Dzień w dzień płakałam w dormitorium z jego powodu i pytałam Merlina, czemu to spotyka właśnie mnie! Wiesz jak się czułam gdy mieszał mnie z błotem i  wyśmiewał razem ze swoimi arystokratycznymi koleżkami?! Nie! Nie możesz wiedzieć, bo ty od zawsze byłaś czystej krwi! Ale wiesz, co?! Powiem ci! Czułam się jak najgorszy śmieć, jak jakaś plama, której trzeba się pozbyć! Jak jakaś zaraza, którą trzeba wyplenić! Momentami chciałam po prostu rzucić na siebie Avadę i mieć spokój! – wykrzyczałam próbując pozbyć się całej złości drzemiącej głęboko w moim sercu. Wszyscy obecni w pomieszczeniu z uwagą przysłuchiwali się wypowiadanym przeze mnie słowom. Gdy skończyłam, poczułam jak robi mi się lżej na sercu. Po moim policzku spłynęła łza. Jedna, jedyna łza, która podziała na moją mamę jak impuls, w jednej chwili popychając ja do działania. Natychmiast znalazła się obok mnie i zamknęła w stalowym, matczynym uścisku. Posłała ‘’babci’’ spojrzenie pełne wyrzutu i nienawiści, jakby to ona prześladowała mnie przez te całe sześć lat spędzonych w Hogwarcie.
- Wszystko w porządku Hermionko? – spytała nie odrywając wzroku od staruszki.
- Tak mamo. To dobrze, że wreszcie to z siebie wyrzuciłam. – odparłam i delikatnie ją od siebie odsunęłam. Spojrzałam na tatę. Na jego twarzy gościł grymas wyrażający złość i niemoc. Zacisnął mocno pieści, tak, że pobielały mu knykcie. Współczułam mu, bo wiedziałam jak bardzo mnie kocha i chce mi pomóc. Wiedział jednak, że z dwoma doświadczonymi i wielkimi jak kłody czarodziejami nie ma szans. Westchnęłam głośno i przeczesałam palcami włosy jeszcze bardziej pogarszając stan mojej i tak już fatalnej fryzury. Odwróciłam się w stronę staruszki i zebrałam całą swoją słynną Gryfońską odwagę.
- Więc… po co przyjechałaś? – zapytałam siląc się na spokój.
- Przyjechałam zaprosić się do mojego letniego dworku w Wiltshire. – oznajmiła jakby posiadanie letniego dworku było rzeczą całkiem normalną i naturalną.
- Masz własny dwór? – spytałam z niedowierzaniem.
- Ha! Żeby to jeden! Nie myśl sobie, ze jestem jakąś tam biedną, starą i samotną czarownicą! Nie! Nasza skrytka w Gringotcie ma wielkość trzech boisk do Quidditcha, a jeszcze dochodzą rezydencje we Francji, Monako, Włoszech, Hiszpanii, Czechach, Grecji i Niemczech! – wykrzyczała oburzona, jednocześnie posyłając mamie triumfalne spojrzenie. Nie byłam materialistką ale chcąc nie chcąc, zrobiło to na mnie spore wrażenie.
- A więc dobrze… Eee… Babciu?
- Mów mi Clarissa. Gdy nazywasz nie babcią czuję się strasznie staro.
- Yyy… Clarisso?
- Tak?
- Więc nagle, po tylu latach pojawiasz się znikąd i oznajmiasz, że nie jestem szlamą. Do tego zapraszasz mnie do swojego letniego dworku w Wiltshire i myślisz, że co ja mam o tym sądzić?
- No cóż… Od lat szukałam cię po całym świecie. Chciałam poznać moją jedyną spadkobierczynię. Twoja matka jednak była bardzo utalentowaną czarownicą… Głupią ale utalentowaną… Zanim zdążyłam odebrać jej moc, rzuciła na wasz dom bardzo silne i trwałe zaklęcia zwodzące czym skutecznie uniemożliwiła mi dotarcie do ciebie, dziedziczki rodu Volturie.
- Zaraz... Czegoś tu nie rozumiem... Jak to odebrać moc? - spytałam i opadłam na krzesło.
- Ach, to proste. Najstarszy żyjący członek rodu ma prawo dowolnie rozdzielać moc magiczną między swoich potomnych, a także ją im zabierać. Tak jest we wszystkich , starych i arystokratycznych rodzinach. To sposób na nieposłuszne dzieci, które nie chciały kontynuować tradycji Czystej Krwi. Zazwyczaj pod groźbą stania się zwykłymi mugolami, wracały i bez żadnych narzekań przyjmowali wolę rodziców, chociaż... Hmm... Jakby to ująć... Zdarzały się wyjątki. - odpowiedziała. Podczas całej wypowiedzi rzucała mamie sugestywne spojrzenia mówiące, że to właśnie ona była takim wyjątkiem.
- To wszystko brzmi bardzo fajnie i naprawdę chciałabym pojechać ale... - urwałam, w myślach rozważając wszystkie ''za'' i ''przeciw''. W sumie nie widziałam w tym nic złego. ''Co mi szkodzi zobaczyć jak to jest być prawdziwą arystokratką? Pojadę, a jak mi się nie spodoba, wrócę. W końcu co mi może zrobić jakaś staruszka?'' - myślałam. Przypomniałam sobie mugolską bajkę o Czerwonym Kapturku, którą mama czytała mi na dobranoc. Od razu przyszło mi na myśl ulubione powiedzonko Szalonookiego. ''Stała czujność'' – powtarzał zawsze. Wspomniałam również naszą przygodę w dolinie Godryka, która mogłaby być fatalna w skutkach gdyby nie refleks i zimna krew. ''Popatrz na jej wzrost, na pewno poradzilibyśmy sobie z nią, gdybyśmy musieli.'' - mówił Harry. Nie przewidział jednak, że ta niewielka kobiecina okaże się wielkim na pięć metrów, jadowitym i zabójczym wężem należącym do Voldemorta.
- Czy wspomniałam już, że mam ogromną bibliotekę? - dodała widząc wahanie w moich oczach. Ogromna biblioteka... Skąd ona mogła wiedzieć, że kocham książki? Propozycja była kusząca, a możliwość przeczytania tysiąca ksiąg zapełnionych starożytnymi zaklęciami i informacjami o magii jakiej jeszcze nie znałam uatrakcyjniała ją jeszcze bardziej. Posłałam mamie pytające spojrzenie. Widziałam niepewność w jej oczach, jednak po dłuższej chwili skinęła mi przyzwalająco głową. Tata miał dziwnie nieodgadniony wyraz twarzy. Patrzył się pusto na piękny, dębowy stół przykryty beżowym obrusem i zdawał się nie kontaktować z otoczeniem. Przeniosłam wzrok na babkę. Stała oparta o złotą laskę zakończoną na górze głową gryfa i niecierpliwie postukiwała o posadzkę stopą obutą w czarny skórzany trzewik.
- No dobrze... Zgadzam się. - powiedziałam i wstałam kierując się w stronę kuchennych szafek. Wyciągnęłam z jednej z nich pudełko z herbatą i zagrzałam wodę. Zawsze gdy byłam zestresowana lub miałam ciężki dzień piłam moją ulubioną, malinową herbatę. Nie wiem czemu ale zawsze po jej wypiciu czułam się odprężona i zrelaksowana.
- Wiedziałam, że się zgodzisz. - odparła Clarissa i dodała – Przyjadę po ciebie za tydzień. Muszę pozałatwiać kilka spraw.
I wyszła, a za nią poczłapali ci dwaj groźnie wyglądający czarodzieje. Po chwili usłyszałam donośny trzask oznaczający nic innego jak teleportację.
- Hermiono, jesteś pewna swojej decyzji? - zapytała mama z troską wypisaną na twarzy.
- Tak mamo, jak nigdy. - odpowiedziałam i wyszłam z kuchni zabierając ze sobą kubek z wymalowanym na zielono pięknym smokiem.
♥♥♥
Musiałam natychmiast spotkać się z Harry’ m, Ronem i Ginny. Nie wybaczyliby mi gdybym im nie powiedziała. Pogłaskałam po łebku moją małą sówkę siedzącą na klatce i odłożyłam pusty kubek po herbacie. Usiadłam przy biurku, a z małej szuflady wyjęłam kawałek pergaminu, czarny atrament i krwistoczerwone pióro, które dostałam od Rona na gwiazdkę. Zaczęłam pisać.
Drogi Harry, Ronie i Ginny!
To pilne! Spotkajmy się jutro o 12 na Pokątnej. Powtarzam, to bardzo ważne! 
Wasz Hermiona
Przywiązałam zwinięty pergamin do nóżki sowy, otworzyłam okno i powiedziałam:
- Leć szybko do Nory i dostarcz to Harry'emu, Ginny i Ronaldowi, dobrze?
Ptak lekko skinął główką i wyleciał przez otwarte okno głośno trzepocząc skrzydłami. Opadłam zmęczona na łóżko i założyłam ręce za głowę. Rozmyślałam o wydarzeniach z dzisiejszego dnia. Powinnam być zachwycona tym, że jestem bogatą arystokratką jednak byłam jedynie wściekła i zdegustowana, ponieważ ilekroć próbowałam wyobrazić sobie to  całe życie w przepychu i luksusie, od razu na myśl przychodziła mi jedna osoba, a konkretnie pewien przystojny szarooki blondyn, który zawsze chwalił się przed wszystkimi swoim pochodzeniem i bogactwem. Słowem i czynem próbował naśladować swojego ojca – Lucjusza. Wtedy myślałam sobie ''Jak ja nienawidzę tego tlenionego, rasistowskiego arystokraty od siedmiu boleści.'' Gdy powrócił Voldemort, zmienił się. Nie widziałam go tak często jak zwykle. Przestał być wieczną duszą towarzystwa, nie chciał już być w centrum zainteresowania jak to zwykle bywało i jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Skąd to wiedziałam? Obserwowałam go, próbując dopatrzeć się co tak naprawdę kryje się pod tą powłoką zimnego, nic niewzruszonego drania łamiącego serce dziewczyn jak zapałki. Pewnego dnia cichaczem wymknęłam się z pokoju wspólnego i skierowałam w stronę łazienki Jęczącej Marty. Tylko z nią mogłam szczerze porozmawiać pomimo tego, że była duchem. Czemu nie rozmawiałam z Ginny lub Lavender i Parvati? Rudej prawie nie widziałam. Bez przerwy wymykała się z Harrym do Pokoju Życzeń, umykając przed wścibskim nosem Rona, a ja nie chciałam psuć tego jaka była szczęśliwa. Natomiast gdybym wyżaliła się tamtym dwóm, zaraz wiedziałaby o tym cała szkoła, a tego bym nie zniosła. Tak więc pozostała tylko Marta, bo innych przyjaciółek nie miałam wiecznie zamknięta w świecie książek i wiedzy. Dziwiłam się czemu nie trafiłam do Ravenclawu ''gdzie płonie lampa wiedzy''. Otworzyłam stare, drewniane drzwi i niepewnie przestąpiłam przez próg. Do moich uszu doleciał cichy szloch dochodzący od strony umywalek.
Marto... - zaczęłam cicho. Szloch ustał. Zajrzałam do środka, a moim oczom ukazał się przerażający widok. Blondwłosy chłopak opierał się umywalkę. Z lewego ramienia wolno sączyła się krew, niszcząc nieskazitelną biel jego porwanej w kilku  miejscach koszuli. Chłopak ledwo utrzymywał się na nogach. Jego zazwyczaj idealnie ułożone włosy były roztrzepane i przybrudzone. Z trudem odwrócił się w moją stronę. Twarz miał pokiereszowaną jak Bill po starciu z Greybackiem. Wystraszyłam się, a serce podskoczyło mi do gardła. Odzyskałam mowę i wyszeptałam podchodząc do chłopaka bliżej:
- Malfoy...
Chłopak złapał się za ramię i upadł na kolana. W ułamku sekundy znalazłam się przy nim. Moje myśli krążyły jak oszalałe. Kto mógł mu zrobić coś takiego? Przecież cała ta rana zionęła Czarną Magią już z daleka.
- Malfoy! Idioto! Czemu od razu nie poszedłeś do Pomfrey?! Kto ci to zrobił?! - wydarłam się. Powoli zdejmowałam zabrudzoną krwią i błotem koszulę i przemywałam rany, próbując uleczyć je za pomocą różdżki. Mimo moich usilnych starań jego stan z minuty na minutę się pogarszał. Już chciałam krzyczeć po pomoc jednak zamiast tego przyjrzałam mu się uważnie. Coś w jego oczach mnie zatrzymało. Zdziwiło mnie jego błagalne spojrzenie.
- Nie… Pom… Pomfrey… - wydusił.
- Czemu?
- To on… Czarny… Pan… Vold… Voldemort…
Zdusiłam w sobie krzyk. Wyczarowałam niewidzialne nosze i przeniosłam chłopaka do mojego dormitorium. Na szczęście wszyscy przebywali obecnie w Wielkiej Sali na kolacji. ‘’Pożyczyłam’’ bez pytania pelerynę niewidkę Harry’ego i pozostawiając zemdlałego i wyczerpanego blondyna w moim pokoju wymknęłam się do Skrzydła Szpitalnego. Zakradłam się do gabinetu siostry Pomfrey w celu znalezienia jakichś przydatnych lekarstw i maści. Zabrałam z jej prywatnych zbiorów kilka naprawdę mocnych eliksirów  i wróciłam do sypialni. Gdy weszłam do środka, Ślizgon odzyskał już przytomność i leżał opierając głowę o miękkie poduszki.
- Lepiej ci, Malfoy? – zapytałam zatrzymując się w progu pokoju.
- Yhm. – mruknął pod nosem, odwracając się do mnie plecami i ukazując rozległe rany na łopatkach i blizny ciągnące się od początku kręgosłupa w dół. Poczułam się urażona jego zachowaniem lecz na co ja liczyłam? Że rzuci się na kolana, będzie mi dziękować i przepraszać za te wszystkie ‘’szlamy’’? To nie byłby Malfoy. Na takich krótkich wymianach zdań polegały nasze ówczesne rozmowy. Następnego dnia przeniosłam go do jego dormitorium, znajdującego się tuż obok mojego. Jako prefektom naczelnym należały nam się takie przywileje jak właśnie prywatne sypialnie umieszczone niestety w dość krótkim od siebie odstępie. Przychodziłam do niego wieczorami by podać eliksiry Wiggenowy i Szkielewzro. Niektóre rany musiałam usunąć własnoręcznie, a raczej własnoróżdżkowo. Siadałam wtedy na samym brzeżku jego łóżka, jakby bojąc się, że mnie ugryzie. Wodziłam powoli końcówką różdżki po jego ciele i szeptałam inkantacje wyszperane w bibliotece. On sam ledwo się ruszał, a każde, nawet najsłabsze skinienie ręki czy nogi kosztowało go wiele wysiłku i bólu. Sama nie wiem czemu mu pomagałam. Może to moja Gryfońska natura mnie do tego zmusiła? A może po prostu niektórzy ludzie zostali stworzeni by pomagać innym? Nigdy się nad tym poważnie nie zastanawiałam. Gdy stan Malfoya w miarę się polepszył, na jego własne polecenie powiadomiłam Dumbledore’a. Chwilę po północy usłyszałam jak drzwi dormitorium obok otwierają się. To Dumbledore wracał do swojego gabinetu. Niedługo później, na zebraniu Zakonu dowiedziałam się, że blondyn wraz z matką i ojcem przeszedł na naszą stronę i przekazał wiele cennych informacji, do których profesor Snape jako Śmierciożerca niższej rangi nie miał dostępu. Do końca roku szkolnego nie zwracaliśmy na siebie najmniejszej uwagi. Nie zaczepiał mnie na korytarzach ani na lekcjach. Nie nazywał mnie już szlamą, a nawet powstrzymywał swoich kolegów ze Slytherinu. Mimo, ze na ostatnim roku zmienił się i już nie myślałam o nim tak źle jak kiedyś, musiałam dzisiaj wyrzucić z siebie ten żal skrywany w sercu od samego początku naszej niezbyt przyjemnej znajomości, od naszego pierwszego spotkania w pociągu Ekspres Hogwart. Pamiętałam to jak przez mgłę. Szukaliśmy z Nevillem jego zaginionej ropuchy Teodory. Właśnie mieliśmy iść do przedziału Puchonów gdy po drodze natrafiliśmy na trzech chłopaków, którzy najwyraźniej wzbudzili w biednym Nevillu lęk. Jeden z nich z ulizanymi blond włosami, szczupłą twarzą o ostrych rysach i hipnotyzujących szarych oczach wyglądał przez okno. Dwaj pozostali stojący po obu jego stronach przyglądali się tępo otoczeniu. Od razu widać było, ze nie są zbyt inteligentni. Nagle ów ‘’przylizany blondyn’’ odwrócił się w naszą stronę mierząc nas krytycznym spojrzeniem.
- Kim jesteś? – zapytał.
- Hermiona Granger. – odpowiedziałam.
- Hmm… Granger… Ty jesteś wnuczką Hektora Dagworth-Grangera? Tego od eliksirów?
- Nie, pochodzę z rodziny mugoli. – odrzekłam. Chłopak prychnął pogardliwie o odszedł nie zaszczycając mnie już żadnym spojrzeniem. Usłyszałam jak mruczy pod nosem:
- Kolejna szlama, ta szkoła schodzi na psy.
I tak skończyła się nasza pierwsza rozmowa. Niedługo później poznałam Harry’ego i Rona i przeżyłam wiele wspaniałych przygód jak niewinna wycieczka krajoznawcza po Kamień Filozoficzny czy lot na hipogryfie. Wspominałabym tak jeszcze długo, gdyby nie pukanie w okno, które wyrwało mnie z krainy marzeń. To moja sowa próbowała rozbić szybę by dostać się do środka. Natychmiast zerwałam się z łóżka i wpuściłam zmęczone ptaszysko do środka. Nie dałam mu odpocząć ani chwili, tylko nie zwlekając dłużej od razu odwiązałam mały zwitek pergaminu od jego nóżki. Zaczęłam czytać, a z każdym słowem robiłam się coraz bardziej zawiedziona.
Kochana Hermiono!
Niestety ta ważna sprawa musi troszkę poczekać. Jesteśmy u ciotecznej babki Rona. Wiesz, tej, która powiedziała, że masz za chude pęciny. Naprawdę nam przykro ale wiesz jaka uparta jest pani Weasley. Nigdzie nas nie puści dopóki nie odbębnimy jutrzejszego niedzielnego obiadu. Bliźniaki wariują razem z małym Teddym. Muszę kończyć, bo zaraz rozbiją tę szesnastowieczną wazę z dynastii Ming.
Trzymaj się,
Harry
Opadłam zrezygnowana na łóżko. I to mają być przyjaciele? Postanowiłam nic im nie mówić, a ten sekret zachować tylko dla siebie. Ruszyłam do łazienki. Gdy wróciłam na łóżku czekała piękna, czarna sowa z dużymi zielonymi oczami. Do nóżki przywiązany miała niewielki pakunek. Podeszłam do niej i odczepiłam małe, czarne pudełeczko przewiązane krwistoczerwoną wstążką. Sowa wyleciała przez otwarte okno zostawiając mnie z masą pytań. Jak powiadał Moody – ‘’Stała czujność!’’. Uchyliłam ostrożnie wieko i zajrzałam do środka. To co tam zobaczyłam wprawiło mnie w nieopisany zachwyt. Na dnie, na małej czerwonej poduszeczce leżał przepiękny złoty pierścień. Pośrodku znajdował się ogromny rubin połyskujący w chowającym się za widnokręgiem, wieczornym słońcu. Obróciłam pierścionek w dłoni i wtedy zauważyłam napis wygrawerowany po wewnętrznej stronie - Toujours Pur – głosił. Tylko jedna osoba mogła mi wysłać coś takiego – Clarissa. Zauważyłam mały pergamin, który wypadł z pudełeczka. Podniosłam do i przeczytałam:
Droga Hermiono!
To jest rodowy pierścień rodu Volturie. Noś go z dumą. W przyszłą sobotę szofer Arnold wszystko ci wytłumaczy. Masz założyć najlepszą szatę wyjściową jaką posiadasz i żadnych ‘’ale’’.
Clarissa
Pierścień ten, wraz z moją babką roztaczał wokół siebie atmosferę pełną przepychu i bogactwa. Spakowałam go z powrotem i schowałam głęboko w szafie. Wyczerpana dzisiejszymi wydarzeniami odpłynęłam do krainy Morfeusza zagłębiając się w krainie marzeń i snów.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Cześć wszystkim!
Nazywam się Kinga, mam 14 lat. Od dawna rozmyślałam nad możliwością założenia bloga. Dzisiaj mnie coś naszło i... jest :) Jak widać piszę o Dramione choć wiem, że to trochę oklepany temat. Mimo to, mam nadzieję, że się wam spodoba. Mam zamiar zamieszczać rozdziały mniej więcej raz na tydzień. Rozdział dedykuję dwóm osobom, które jako jedyne mają tak samo zryte banie jak ja: Asia i Gosia :) Kocham te nasze rozmowy na facebooku :D A przy okazji polecam wam stronkę, na której jestem adminką TU.