Hejka!
Rozdział taki sobie, pisany na matematyce, rosyjskim, chemii, polskim i wychowawczej xD Dedykuję go, a raczej jego pierwszą część mojej przyjaciółce Lenie - bo ty wiesz co naprawdę znaczy ''pasztet'' :D Zapraszam na stronki, na których adminuje: TU, TU i TU. Nie wiem kiedy pojawi się druga część, dzisiaj nie mam już niestety czasu :) Miłego czytania życzę | Narcyza ♥
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥
Dni mijały, a ja czekałam, czekałam i czekałam.
Czas jakby zatrzymał się w miejscu. Byłam ciekawa co takiego ma mi wytłumaczyć
szofer Arnold i co takiego czeka na mnie w letnim dworku babki. Dzień przed
sobotą chodziłam po domu nakręcona jak zabawka na baterię. Ciekawość dosłownie
mnie rozpierała. Rodzice nie mogli mnie uspokoić, więc tylko kiwali bezradnie
głowami i uśmiechali się do siebie znacząco. Stresowałam się jak przed sprawdzianem
z transmutacji. Nawet moja ulubiona malinowa herbatka nic nie pomagała. Tego
dnia nie mogłam też zasnąć. Byłam przeładowana mieszanymi emocjami. Zachwytem,
radością, strachem, niepewnością, smutkiem, szczęściem, a nawet swego rodzaju
dumą. Leżałam na łóżku i rozmyślałam za główny temat obierając swoje życie.
Miałam wszystko. Wybitne na OWUTEM – ach dawały mi nieskończenie wiele
możliwości. Mogłam zostać kimkolwiek tylko chciałam. Magomedykiem, aurorem,
urzędnikiem ministerstwa, nauczycielką lub nawet hodowcą smoków. Miałam
przyjaciół i rodzinę, na którą zawsze mogłam liczyć. Miałam urodę.
Nieskazitelną cerę, idealną figurę i piękne włosy. Od niedawna miałam też
wielkie bogactwo, które, jak powiedziała mama, miałam odziedziczyć po śmierci
Clarissy jako jedyna spadkobierczyni rodu Volturie. Wydawać by się mogło, że
niczego mi nie brakowało lecz było to tylko złudzeniem, iluzją. Tak naprawdę
brakowało mi tylko jednej rzeczy – prawdziwej miłości. Wiktor, Cormac, Ron. To
wszystko były tylko zauroczenia. Nie wydawało mi się, żebym wśród nich mogła
znaleźć prawdziwego faceta jak ze snów. Nie mógł być nudny i przewidywalny jak
Ron, z którym każdy dzień wydawałby się taki sam – monotonny i niezmienny. Nie
mógł być taki sławny jak Krum. Nie zniosłabym tych wszystkich nagłówków w
gazetach, choć wiele dziewczyn dałoby wszystko by znaleźć się w Czarownicy czy MagiNastce. Nie mógł być też ciapowaty jak Neville lub zakochany w
Qudditchu jak McLaggen. Musiałby być inteligentny, stanowczym, odważny, a
przede wszystkim zabawny. Wiedziałam, że niektórzy mogliby powiedzieć, ze
jestem wybredna. Może to prawda. Jednak ja, w przeciwieństwie do tych głupich,
wymalowanych panienek nie patrzyłam na wygląd tylko na wnętrze. Chciałam żeby
mój przyszły facet był wartościowym człowiekiem, a nie chłopaczkiem pustym jak
zawartość mojego portfela po zakupach w centrum. Mimo to, nie chciałam być z
jakimś pasztetem*, który wyglądem odstraszałby moich znajomych. ‘’Bez miłości
nie ma życia’’ – mawiała moja mama. Postanowiłam, ze w najbliższym czasie
rozejrzę się za jakimś porządnym chłopakiem. Nie wiedziałam jednak, że los ma
co do mnie nieco poważniejsze plany.
♥♥♥
Przeciągnęłam się leniwie, rozciągając zastojałe
kości. Pierwsze słoneczne promienie przedzierały się przez zasłonięte soczysto
zielone firanki. Za oknem słychać było codzienny gwar ludzi śpieszących do
pracy. Nie chciało mi się wstawać, tak dobrze czułam się pod przyjemna
pierzynką, mile łechtana ciepłymi, letnimi promykami wschodzącego, porannego
słońca. Spojrzałam na zegarek. Było jeszcze bardzo wcześnie. Na drzewie przed
domem jakiś mały ptaszek świergotał wesoło. Postanowiłam skorzystać z
wspaniałej pogody i wybrać się na spacer. Założyłam szybko zwiewną, białą
sukienkę do kolan i beżowe skórzane rzymianki. Związałam włosy w koński ogon,
złapałam za torbę i zbiegłam po schodach. W soboty rodzice spali dłużej więc
nie chciałam ich budzić. Należał im się odpoczynek po tak ciężkim tygodniu
pracy. Wybiegłam z domu, zamykając za sobą jasne, brzozowe drzwi. Szłam powoli
chodnikiem zmierzając do pobliskiego parku. W ręku trzymałam mój pamiątkowy
egzemplarz Romea i Julii. Kochałam tę książkę – romantyczną historię zakazanej
miłości. Chcąc nie chcąc byłam nieuleczalną romantyczką czego Ron, Cormac i
Wiktor nie potrafili zrozumieć. Według nich nie istniało coś takiego jak czułe
słówka, róże, czekoladki i zachody słońca. Dla nich istniały tylko rzeczy takie
jak kafel, tłuczek, miotła czy złoty znicz. Wszystkich trzech łączyła ta sama
chorobliwa pasja, a mianowicie Qudditch. Zajęta rozmyślaniami nie zauważyłam
idącego naprzeciwko ciemnoskórego mężczyzny. Wpadłam na niego, a siła zderzenia
była tak silna, że zwaliła nas obydwoje z nóg. Upadłam na trawnik zahaczając
sukienką o wystającą gałąź rosnącego obok krzewu. Delikatny materiał porwał się,
a książka upadła tak niefortunnie, że cienka okładka pogięła się w kilku
miejscach.
- Uważaj jak chodzisz! Przez ciebie porwałam
ulubiona sukienkę! – fuknęłam otrzepując kolana z kurzu. Spojrzałam na
tajemniczego jegomościa i aż mnie zatkało. Na chodniku przede mną siedział nie
kto inny, a sam Blaise Zabini, który wściekły otrzepywał drogi, zapewne markowy
garnitur.
- Zabini!
- Granger! – wrzasnęliśmy w tym samym momencie.
- Co ty tu robisz? – i znowu idealnie się
zgraliśmy.
- Mieszkam tu. – odpowiedziałam pierwsza.
- Jestem przejazdem. – odparł wstając i
poprawiając marynarkę. – Wstawaj Granger, myślałem, że to jakaś mugolka. –
powiedział i jak przystało na prawdziwego dżentelmena pomógł mi wstać.
- Więc co cię tu sprowadza? – spytałam gdy choć
trochę ogarnęłam swój wygląd. Zabini był ostatnią osobą, którą posądziłabym o szwendanie
się po niemagicznej części Londynu. Tak mnie zaskoczył, że zapomniałam o
siedmiu latach wzajemnej nienawiści. Chłopak opowiedział mi jak to pokłócił się
ze swoją dziewczyną Dafne Greengrass, jak to doprowadziła go do szału swoim
truciem i trajkotaniem i jak to uciekł na jak to zgrabnie ujął ‘’browarka’’.
Rzeczywiście jego sytuacja nie przedstawiała się zbyt ciekawie. Znałam
Greengrass. Na piątym roku robiłyśmy razem eliksir prawdy na zaliczenie u
profesora Snape’a. Pamiętałam jak się wtedy zachowywała. Albo wcale nie
przychodziła na spotkania wymawiając się randką z jakimś nowym super przystojnym
facetem albo po prostu przyprowadzała ze sobą cały tabun ‘’najlepszych’’
przyjaciółek i zamiast podawać mi śledzionę szczura i śluz gumochłona,
plotkowała w najlepsze. Niedobrze mi się robiło gdy razem z Parkinson omawiały
plan zdobycia ‘’Dracusia’’. Razem z Blaise’m przegadaliśmy cały ranek i
popołudnie. Dopiero gdy zobaczyłam, która jest godzina przypomniał mi się
Arnold, który zapewne już na mnie czekał .
- Merlinie! – wrzasnęłam. – Muszę lecieć Blaise.
Mam spotkanie.
- Leć Gryfoński Kopciuszku tylko nie zgub
pantofelka. Aż mnie ciarki przechodzą jak pomyślę co czeka na mnie jutro. – oznajmił,
a ja roześmiałam się szczerze. Ten chłopak był naprawdę wspaniałym facetem.
Zawsze wydawał mi się zadufanym w sobie, bogatym idiotą. Okazało się, ze tak
naprawdę jest zabawny, szarmancki i wesoły. Po prostu idealny materiał na
kumpla.
- Będzie dobrze, zobaczysz. A jak będzie ci za
bardzo dokuczała, to po prostu ja spetryfikuj. – wyjaśniłam i posłałam brunetowi
pokrzepiający uśmiech. Pomachałam mu jeszcze i deportowałam z cichym trzaskiem.
Do domu wróciłam pięć minut po siódmej. Musiałam się pospieszyć jeśli chciałam
zdążyć. Wyskoczyłam z sukienki i pobiegłam wziąć kąpiel. Gdy wróciłam ubrałam
się, umalowałam i uczesałam. Stanęłam gotowa przed wielkim lustrem. Wyglądałam
oszałamiająco. Opięta suknia uwydatniała moja figurę. Zwiewny, zielony materiał
wirował pięknie przy każdym nawet najlżejszym ruchu. Przez lekko uchylone okno
wpadał rześki, wieczorny wietrzyk. Otuliłam się ciaśniej pelerynką. Mimo
wszystko wieczory w Londynie były raczej chłodne, a ja nie chciałam nabawić się
jakiejś choroby. Zeszłam na dół. Rodzice siedzieli na kanapie w małym, skromnie
urządzonym saloniku i oglądali telewizję.
- Mamo, tato. Muszę już iść. – powiedziałam. Mama
natychmiast zerwała się na nogi i zaczęła mnie ściskać i przytulać. Tata
uśmiechnął się szeroko ukazując rząd równych, białych zębów.
- Pamiętaj Hermionko, nie daj się Clarissie.
Uważaj na siebie, pisz codziennie i…
- Mamo! – przerwałam jej. – Nie wyjeżdżam na
koniec świata!
- Przepraszam cię. No idź już, idź. – popędziła
mnie radośnie, jednak zauważyłam pewien smutek w jej oczach.
- Nie martw się mamo, dam sobie radę. – odparłam
i skierowałam swoje kroki w stronę drzwi. Przez małe okienko zauważyłam stojącą
na podjeździe czarna limuzynę. Zatrzymałam się w progu i jeszcze raz pomachałam
rodzicom. W końcu dostojnym krokiem jak przystało na arystokratkę ruszyłam w stronę
pojazdu. Ubrany w czarny uniform szofer ukłonił się nisko otworzył drzwi auta.
Wsiadając posłałam mamie i tacie tęskne spojrzenie. Wyjechaliśmy. Popatrzyłam
na oddalający się z każdym przemierzonym metrem mały jednorodzinny domek na
przedmieściach. Już za nim tęskniłam.
Już nie mogę się doczekać co będzie dalej. Awww *_* i to spotkanie z Zabini'm :D
OdpowiedzUsuńSUPER <3 Volturie mi się ze Zmierzchem kojarzą XD
OdpowiedzUsuńNominowałam Cię do nagrody Liebster Awards na moim blogu http://magic-can-do-everything.blogspot.com/ Regulamin znajdziesz w jednej z podstron :3
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! Toffffam Cię! <3 :*
Twój blog został nominowany przeze mnie do "LiebsterAwards." http://zajdziemynakoniecswiata.blogspot.com
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
świetnie się zaczyna :D
OdpowiedzUsuńczekam na kolejny rozdział i zapraszam też do mnie : http://ciemneijasnekoloryswiata.blogspot.com/